Posty

Sao Miguel, archipelag Azory - czyli te prawdziwie zielone wyspy

Obraz
- Azory już nie są tym samym, czym były dziesięć lat temu i za kolejne dziesięć lat również będą nie do poznania. - opowiada nam mieszkanka wyspy - Pamiętam, jak miałam kilkanaście lat, nie było Internetu, samoloty były rzadko i drogie, wielu ludzi nigdy nie było poza wyspą. Dziś są samoloty, promy, turyści, program Erasmus, kiedyś tego wszystkiego nie było. Kiedyś życie zamykało się w obrębie tej wyspy. Nikt nie mówił po angielsku, bo i po co. W obrębie wyspy Sao Miguel, 746 km2 i tylko 140 tysięcy mieszkańców. To jest jedno z najbardziej urokliwych miejsc, jakie widziałem w życiu. Urokliwość tego miejsca podnosi nie tylko świadomość, że znajduje się na skrawku lądu na środku oceanu, nieprzewidywalna pogoda oraz obrośnięte mchem kamienie. Urokliwość podnosi niewyobrażalna ilość otaczającej zieleni. To jest prawdziwie zielona wyspa. Tu wszędzie jest zielono. Goszcząca nas przewodniczka walczy ze schizofrenią. To jeden z powodów, dla których rodzice wysłali ją tutaj. Mieszkała na wyspie...

Podróżnicza zasada zurbanizowanych ośrodków europejskich mówi o tym, że...

.... w każdym większym mieście w Europie znajdują się obiekty powtarzalne. Powtarzalne dla każdego większego miasta w Europie, a zapewne i nie tylko. Mianowicie, w każdym większym mieście w Europie jest Włoch, który sprzedaje pizzę oraz Turek, który sprzedaje kebab i ma czynne zawsze, nawet w święta i w nocy, kiedy wszystko inne jest już zamknięte. Wracając z Maroko utknelismy na cztery godziny w Sewilli, tak więc przypileni głodem udaliśmy się na poszukiwanie tychże powtarzalnych elementów. Poszukiwanie pożywienia w Sewilli okazało się bardzo utrudnione z uwagi na La Semana Santa i procesję zakapturzonych postaci ze świecami, przemierzającą całe centrum. Tysiące gapiów tamowały jakikolwiek pieszy ruch. Jednak powtarzalne elementy nas nie zawiodły i znaleźliśmy Włocha z pizzą. Tutaj zaskoczył nas element, który jest powtarzalny w Afryce, w Maroko zwłaszcza. Nazywam to "handlarze chusteczek". Starsze, ubogie panie albo dzieci trudniące się obnośnym handlem chusteczkami higieni...

Hamam Les Bains de Marrakech

Obraz
Hamam Les Bains de Marrakech kusi nie tylko urokiem elegancko wykończonego wejścia, ale również chłodem i wilgocią bijącymi z alejki dla której naturalnym dachem jest porastający pergolę bluszcz. Ale stop - czym jest hamam, taki prawdziwy. Prawdziwe, publiczne hamamy, tanie - dla miejscowych, porozrzucane są po całej medinie. Rozdzielone są według płci, na część dla kobiet i osobną część dla mężczyzn. W środku jest parno, surowo, są przebieralnie, baseniki z wodą, którą można się polać oraz prysznice. Taka trochę inna sauna. W Les Bains de Marrakech jest bardzo ekskluzywnie i niesamowicie relaksacyjnie. Na początku obsługa każe nam rozsiąść się wygodnie na kanapie i poczekać aż się nami zajmą. Dalej, prowadzą nas do przebieralni, dostajemy klapki i szlafroki. Całość wykończona jest cudownie, niesamowicie stonowanie. Światło bijące przez ażurowe klosze słabych lamp rozbiega się po brązowych ścianach. Wszystko w brązie i beżu, w różnych odcieniach. Relaksacyjna, cicha muzyka miesza się z...

Podzielę się z Wami kolejnym fragmentem dziennika

Obraz
Drugi weekend lutego w Faro zaskoczył niecodziennymi zjawiskami, stłuczonymi jajkami na bruku, bębnami, confetti i paradą dzieci. Jednym słowem, karnawał w pełni! Po powrocie z uczelni rozsiadamy się w kuchni i czytamy, że jest jakaś impreza na kampusie tutejszego uniwersytetu. Dopijamy wino i ruszamy tam, w ciemno. Moją uwagę zwraca niecodzienny w Faro fakt, mianowicie na ulicach jest podejrzanie dużo młodych ludzi w imprezowym nastroju. Zbyt dużo, nawet jak na czwartkową noc. Przecież jeszcze w zeszłym tygodniu kluby świeciły pustkami. Co więcej, wszyscy ci młodzi ludzie zmierzają najwyraźniej tam, gdzie i my. Na kampus Penha Uniwersytetu Algarve. Widok setek, jak nie tysięcy studentów spożywających alkohol przed wejściem na kampus, a następnie ustawiających się w długą kolejkę do bramy, na której ochrona sprawdza, czy nie wnosi się nic do środka, potwierdza słuszność moich przypuszczeń. Widok jak na naprawdę dużym koncercie. W środku, tłok jak na otwarciu nowego supermarketu, dwa pr...

Portugalska polityka prorodzinna, czyli jak przetrwać zimę w podobno ciepłym kraju

Obraz
Końcówka stycznia, dzień, słońce, czyste, błękitne niebo. Żadnego śniegu, zasp, ani roztopionych mazi. Na zdjęciu rajska utopia. W rzeczywistości, zimny wiatr z nad Atlantyku przebija się przez każdą kolejną warstwę tkanin, jaką człowiek ma na sobie, przez skórę, mięśnie, trafia do krwiobiegu i wchodzi do serca, a nawet do szpiku kostnego. Przynajmniej takie ma się wrażenie. W taką pogodę nic, tylko siedzieć w domu, w łóżku i... i tu dochodzimy do podejrzenia, że brak jakichkolwiek systemów grzewczych w domach i mieszkaniach, nie mówiąc chociażby o ocieplaniu ścian, jest elementem portugalskiej polityki prorodzinnej. No dobrze, od początku. Nie jest wcale tak źle. Ziąb nie jest mrozem, tylko przedziałem od 5 stopni w nocy, do 15 stopni w dzień. Wiatr nie jest wichurą, tylko zwykłym, umiarkowanie mocnym wiatrem. Jest znośnie, ale po kilku dniach pojawia się problem analogiczny jak na pustyni. Na pustyni w godzinach najgorszego skwaru nie było żadnej możliwości, na obniżenie temperatury ...

Historia pewnego hipisa. Maroko

Tym razem bez zdjęć, bo boję się wyciągnąć aparat. Ale od początku.    Essaouira. Droga powrotna. Przedemną lot Essaouira - Marsylia, a z Marsylii droga autostopem do domu. Ostatnia noc, 240 driham w portfelu.  240 driham (24 euro) i 3 misje do wykonania.  1) Znaleźć miejsce, w którym można wydrukować bilet lotniczy.  2) Zjeść normalny obiad.  3) Przetransferować się na lotnisko - i według pierwotnego planu tam spędzić noc. Lot o 9 rano.  Pierwszym, co spotyka mnie po opuszczeniu autobusu, który dowiózł mnie tutaj z Agadiru, są naganiacze oferujący tani nocleg, ewentualnie wszechobecny haszysz. Grzecznie tłumaczę, że ja tylko czekam na samolot.  Po drodze łapie mnie taksówkarz. Proponuje cenę 150 driham (15 euro) za transfer na lotnisko. Do lotniska jest około 20 km, ale jak na Maroko, cena ta jest zdecydowanie zbyt wysoka.  Kolejność realizacji podpunktów wymaga na mnie pusty żołądek i płacę 50 driham za obiad. Jestem przy tym świadkiem sceny wyjętej żywcem z czasów kolonialnego imper...

Mauretania, cz III. Diuna

Obraz
                W każdej kafejce można zamówić duże, pożywne, wieloskładnikowe i tanie śniadanie za równowartość około 15 zł. Podstawą jest omlet, dżemy, pieczywo, serki topione, do tego sok ze świeżych pomarańczy i duża butelka wody mineralnej. Warto sprawdzić, czy butelka nie była wcześniej otwarta. Zalecane jest picie tylko wody butelkowanej. Zalecenie to miałem wkrótce złamać, kiedy znajdę się na dzikiej pustyni.                 Przejeżdżam do Atar, a tam znów utykam na "arabskim czekaniu". Chcę dostać się do Chinguetti. Pracownicy minibusa, który mnie tu przywiózł oznajmiają, że zaraz podjedzie kierowca.                 Kierowca, nie mówiący po angielsku, podjechał owszem, szybko, ale zamiast odrazu ruszyć w trasę, zabrał mnie do siebie do domu i zostawił pod opieką innych Arabów. Sam zaś swoim rozklekotanym mercedesem (z moim plecakiem w bagażniku) odjechał w poszukiwaniu innych klientów.                 Jest okropnie gorąco. Leżę w izbie pochłaniając w zawrotnym tempie...